Wspomnienia z zesłania...
ciąg dalszy z nr 22
 
 
Koniec wojny - powrót
 

Tak rzeczywiście było, ale pomoc okazała się dalece niewystarczająca dla utrzymania rodziny. Musiałam więc znów wychodzić na poszukiwanie czegoś do jedzenia, jak to czyniłam w Kazachstanie. Tyle, że teraz było to w innej scenerii - w nowej Polsce. Krążyłam po opuszczonych domkach poniemieckich znajdując czasem w piwnicach przerośnięte ziemniaki, jakieś słoiki z marmoladą lub kompotem, konserwy, kaszę itp. Często kiwałam głową ze zrozumieniem - wszystko to zostawili nam wysiedleni przez nas Niemcy, podobnie, jak kiedyś było to z Polakami na wschodzie. Hitlerowcy też wypędzali Polaków - odwróciła się karta.
Co dzień przybiegałam uradowana zdobyczą:
- Patrzcie, przyniosłam trochę ukrytych zapasów, nawet jakąś odzież znalazłam. Co lepsze Niemcy zabrali, ale i to się przyda.
Mama się denerwowała: - Proszę cię, nigdzie więcej nie chodź! Czy wiesz, jakie to niebezpieczne włóczyć się po piwnicach na obcym terenie? Snują się tu stale gromady szabrowników, a niektórzy zachowują się jak szakale.
Nie byłam zbyt posłuszna. Z chwilą, gdy ojca zabrakło, poczułam się odpowiedzialna za całą rodzinę. Biedna mama pojechała raz do rodzinnej wioski w krośnieńskiem - Lubatowej - i przywiozła od krewnych i znajomych kilka kur, trochę jaj i masła, a nawet kozę, która - przerażona zmianą otoczenia i opiekunów - zrobiła się nieznośna.
W tych ciężkich warunkach - zamieszkaliśmy wtedy w Pełczycach pod Szczecinem -  zaczęłam stopniowo realizować marzenia o szkole, tak długo noszone w sercu.
- Za wszelką cenę muszę się uczyć!  oznajmiłam.
- Gdzie? Jak ty to sobie wyobrażasz? - zmartwiła się mama; nie mogła mi w niczym pomóc.
- Nie bój się, mamo. Pójdę na zaledwie roczny kurs handlowy w Barlinku, co mi da podstawę do pracy biurowej, a może utoruje drogę na przyszłość. Będę mieszkała w internacie, z wyżywieniem. Dostanę czerwoną tarczę, czapkę z daszkiem, odznakę szkolną... I tak naprawdę się stało. Z czego byłam wówczas  i dziś jestem  naprawdę dumna.
W szkole zaprzyjaźniłam się z nader miłą Krysią Gromką, która już prowadziła zajęcia z dziećmi. Na lekcji historii mówiła nam o Józefie Piłsudskim.
- Jestem spalona!  wpadła któregoś dnia jak bomba do internatu  Zostawiam ci swoje mieszkanie z meblami, muszę natychmiast wyjechać. Chodź do mnie.
Szybko pobiegłyśmy do pięknie urządzonego mieszkania. Byłam wręcz oszołomiona: luksusowa sypialnia  jasny orzech na wysoki połysk, kryształy, na ścianach obrazy w bogatych ramach  wszystko jak nowe.
- Masz tu klucze i pamiętaj: nikomu tego nie oddawaj! Wielu jest takich, co chcieliby zagrabić co się da, ale ty nie pozwól  sobie zabrać! Kładła mi do głowy jako młodszej koleżance, która jeszcze nie wiedziała, jakie stosunki panują w powojennej Polsce.
- To wszystko zostawiasz dla mnie?!  nie mogłam wyjść z zachwytu.
- Tak, to mój prezent dla ciebie!  Krysia szybko zgarnęła skromny bagaż, uściskała mnie  całkowicie zdumioną obrotem spraw  i znikła, zapewne słusznie obawiając się aresztowania pod byle pretekstem.
Zapomniała tylko pouczyć mnie  swą spadkobierczynię  że meble należało spisać, spis zaś złożyć wraz z podaniem w Urzędzie Miejskim. Skutek tego przeoczenia nie dał długo na siebie czekać.
Po kilku dniach zjawił się ktoś chętny do wzbogacenia poniemieckim mieniem. Wziął ze sobą milicjanta i dwóch innych mężczyzn. Był to stary człowiek, nauczyciel z tej samej szkoły, w której uczyła Krysia. On to właśnie postarał się o zwolnienie jej z pracy za to, że powiedziała dzieciom, kim był Piłsudski. Teraz przyszedł po jej meble.
Rozległ się ostry dzwonek u drzwi:
- Zabieramy stąd wszystkie meble!  oświadczył przedstawiciel miejscowej oświaty  Te meble i rzeczy mnie się należą!
- Ależ dostałam je od właścicielki tego mieszkania! Jestem Sybiraczką, wróciłam stamtąd jak stałam, na czym będę spać?  próbowałam rozpaczliwie apelować do wychowawcy młodego pokolenia.
- Co?! Jesteś Sybiraczką?!  wrzasnął nauczyciel  W takim razie nic ci się nie należy! Zabieramy wszystko! Samochód stoi pod domem. Grupa mężczyzn szybko opróżniła mieszkanie, zostawiając mnie siedzącą na gołej podłodze, gorzko płaczącą. Otworzyły mi się oczy:
A więc nic mi się tu nie należy...
Siedziałam w pustym mieszkaniu opłakując swoje naiwne złudzenia i całkowitą bezsilność:
- Pierwszy raz ograbili nas Ukraińcy z Peremiłowa; wtedy nawet tatuś nic nie mógł poradzić. Dziś  Polacy  skarżyłam się wśród szlochów Bogu. Wtedy chociaż byliśmy wszyscy razem, całą rodziną. Dziś zostałam sama wśród gołych ścian.
Siedząc na parapecie otwartego okna wróbelki, świadkowie sceny, kręciły główkami, jakby chciały mi powiedzieć:
- Nie pomogą próżne żale, ból swój Niebu trzeba polecić...
Zaczęłam nagle intensywnie myśleć i coś sobie przypomniałam. Gdzież to ja słyszałam? Chyba u sióstr sióstr Chorostkowie, na akademii 3-cio majowej.
Wróbelki głośno zaćwierkały z aprobatą, aż nagle zamilkły.
- Karmili nas tam złudzeniami o raju w Polsce Ludowej, a tymczasem tymczasem w ojczyźnie wciąż nie ma sprawiedliwości  mówiłam do siebie i do wróbli, które jakby czekały na dalszy ciąg. Z pamięci zaczęły mi się wydobywać słowa Asnyka:
 
 Trzeba z żywymi naprzód iść,
po życie sięgać nowe!
 
 
[Józefa Maczuga, Wspomnienia z zesłania,  Nowe Życie, Chicago 1997.]
(ciąg dalszy w następnym numerze)
Hosted by uCoz